Budził dla niej
nocne żyta
aby łasiły się
do jej bioder
Ubierał ją
w czarny zapach
koniczyny
Zamieniał jej włosy
w płomienie
Kiedy strącono ją
do Podziemi
nie poszedł
za nią
Uciekł
zamykając uszy
na jej wołanie
o ratunek
Kiedy wrócił
dotknął jej włosów
Nie zamieniły się
w płomienie
Były jak umarła trawa
Powiedziała
Nie jesteś Orfeuszem
Jesteś sztukmistrzem
który wyciąga z ucha
króliki
Matko Boska w papierowej koronie
Mieszkanko zimnego kościoła
Królowo srebrnej ciszy
Ucieczko od ciekawych spojrzeń
Opiekunko słów miękkich jak narcyzy
Patronko naszych pocałunków
Świadku najpiękniejszej przysięgi
Codziennie do ciebie przychodzę
chociaż wiem
tęsknoty nie zmniejszysz
rozłąki nie skrócisz
Co ty wiesz o miłości
niebieska i gipsowa
która nawet swego syna
poczęłaś nieprawdziwie
To są buciki
w sam raz
na twoje nóżki
latające w powietrzu
jak czyżyki
Na twoje nóżki
smakujące dotykiem
podłogę
ziemię
trawę
Na twoje nóżki
które można ukryć
w najmniejszej kieszeni
Buciki
do kałuży z kijankami
Buciki
do psa Szatana
Buciki
do piaskownicy
Buciki
do komór gazowych
Tysiące bucików
małych Dawidów
Z nóżek
których nie można było
ukryć
w najmniejszej kieszeni