Budził dla niej
nocne żyta
aby łasiły się
do jej bioder
Ubierał ją
w czarny zapach
koniczyny
Zamieniał jej włosy
w płomienie
Kiedy strącono ją
do Podziemi
nie poszedł
za nią
Uciekł
zamykając uszy
na jej wołanie
o ratunek
Kiedy wrócił
dotknął jej włosów
Nie zamieniły się
w płomienie
Były jak umarła trawa
Powiedziała
Nie jesteś Orfeuszem
Jesteś sztukmistrzem
który wyciąga z ucha
króliki
Na dźwięk
zimnego głosu
oczy
przestraszone świerszcze
chowają się
w szparach podłogi
albo w pudełeczkach
powiek
Dłonie
latają w powietrzu
jak płochliwe jemiołuszki
Wśród obcych spojrzeń
słowa
nieporadne gołe
szczeniaki
I żadne antybiotyki
tylko ciepły klimat
głosu miękkiego
jak żółty puch
małych kurcząt