Przytulona do ziemi
rozczesywała palcami
żółty rozchodnik
Gasły w mroku
jej oczy
Spadały nisko
ciężkie płatki
powiek
Wtedy wyszedł
z granatowych jałowców
Uniósł ją
w księżycowych ramionach
nad ziemię
wysoko
Śmiała się
aż dalekie kuropatwy
odwracały zdziwione głowy
Jesteś wołała
jesteś
Złożył ją na mchu
delikatnie
jak śpiącego świerszcza
Kołysał w dłoniach
jej bose stopy
Potem uwił wianek
z nocnych rumianków
To będzie
twój ślubny wianek
szeptał
i wpinał w jej uszy
zielone świetliki
Kiedy żyłeś
mówiła
bały się ciebie
świetliki
Budził dla niej
nocne żyta
aby łasiły się
do jej bioder
Ubierał ją
w czarny zapach
koniczyny
Zamieniał jej włosy
w płomienie
Kiedy strącono ją
do Podziemi
nie poszedł
za nią
Uciekł
zamykając uszy
na jej wołanie
o ratunek
Kiedy wrócił
dotknął jej włosów
Nie zamieniły się
w płomienie
Były jak umarła trawa
Powiedziała
Nie jesteś Orfeuszem
Jesteś sztukmistrzem
który wyciąga z ucha
króliki
Idą ścieżką
między zbożem
przytuleni
Skóra ich
złota
jak serca rumianków
Palce
splecione
jak wianek z chabrów
Wargi
nabrzmiałe
jak kłosy pszenicy
A pragnienia
jak kąkole
posiane przez diabła