Witała go
z balkonu
płonącą dłonią

Wybiegała
na próg

Podawała mu
swoje piersi

Zasypiała
na jego ramieniu

Kiedy wychodził
wychodziła

Kiedy wracał
wracała

Dziwił się
Cieszył się

Nie wiedział
że ona boi się
zabitych drzew
zamienionych w meble
i podłogi
patrzącej na nią
ironicznie zmrużonymi
szparami


Jest czekaniem
na niebieski mrok
na zieloność traw
na pieszczotę rzęs

Czekaniem
na kroki
szelesty
listy
na pukanie do drzwi

Czekaniem
na spełnienie
trwanie
zrozumienie

Czekaniem
na potwierdzenie
na krzyk protestu

Czekaniem
na sen
na świt
na koniec świata